
Bardzo wzruszyła mnie historia Margaret, która po 24 latach walki z chorobą Parkinsona, wykrzywionym od osteoporozy kręgosłupem, chroniczną niewydolnością płucną (przy jej łóżku stale stała butla z tlenem), zastoinową niewydolnością serca, astmą, artretyzmem, niskim ciśnieniem krwi, przez które traciła niespodziewanie przytomność oraz innymi schorzeniami, które powodowały, że nie mogła przeżyć dnia bez środków przeciwbólowych postanowiła zakończyć życie. Ustalała kolejne daty i planowała przez rok, w jaki sposób się zabije. Ostatnie miesiące życia Margaret przeplatają się ze wspomnieniami z jej dzieciństwa, młodości i lat małżeństwa oraz życiem jej trzech córek: Katherine, Hannah i Zoe.
Kilka fragmentów tej przejmującej opowieści sprawiły, że zakręciła mi się łza w oku.
Oto one:- wspomnienia Zoe, kiedy ojciec zmarł na raka mózgu:
"Zanim zawiadomiłam siostry, zadzwoniłam do Dalii. Powiedziała, że przeczuwała, że dziś umrze, i że zaraz przyjedzie. Razem zdjęłyśmy mu okropną, niebieską szpitalną koszulę i włożyłyśmy dżinsy i koszulę w kratę. Dziwnie się czułam, wkładając mu ręce w rękawy i naciągając spodnie. Gdy go ruszałyśmy, jego głowa przechylała się w różne strony i ciągle otwierały mu się oczy, które usilnie z Dalią zamykałyśmy. Przez wiele tygodni męczyły mnie sny o jego oczach. Chodził i mówił jak żywy, ale po chwili spoglądałam w jego oczy i widziałam to dziwne, puste spojrzenie. Czasami usiłowałam mu wytłumaczyć, że jest martwy, że powinien odejść tam, gdzie jego miejsce. Ale zwykle udawałam, że wszystko jest w porządku. Nie chciałam ranić jego uczuć."
- kiedy Hannah i jej dwie córki oraz Zoe również z dwoma córkami brały się za ręce wraz z Margaret, która leżała w łóżku i tworzyły krąg pokoleniowy kobiet. Hannah posyłała po kręgu dawkę energii, kiedy kolejna osoba ją czuła, wysyłała do następnej i w ten sposób krąg się zamykał.
- kiedy Margaret po 12 dniach głodówki i zażyciu dużej dawki morfiny powoli umierała i czuwały przy niej dwie córki:
"...przez jakieś dziesięć-piętnaście minut opowiadamy o ojcu, a mama przysłuchuje się nam, uśmiechając się na zakończenie zabawnych anegdotek albo jedynie przytakując, chociaż nie odzywa się ani nie otwiera oczu. W końcu przestaje reagować i milkniemy. Kładziemy się obok niej na łóżku i przeżywamy ten niespodziewany dar”.
"...leżąc obok niej, nie odczuwam smutku, chociaż chwilami świadomość, że śpiewam swojej umierającej mamie, jest rozdzierająca...".
Historia, którą opisała Zoe Carter jest smutna, ale jednocześnie piękna i refleksyjna.
Przypominają mi się od razu słowa ks. Jana Twardowskiego: "Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”.
Tak to prawda - to niezwykle wzruszająca historia... Mnie również nie raz zakręciła się łza w oku.
OdpowiedzUsuń